7/02/2014

Przeszukując niedawno www trafiłem na tzw. rip pewnego albumu, co samo w sobie nie jest jeszcze niczym niezwykłym, opatrzony był on jednakowoż następującym opisem:

Media:
Original UK LP 1st pressing, EMI International, Matrix Numbers: A: xxx  B: xxx

Equipment:
Vpi HW-17F Record Cleaning Machine
Technics SL 1210 Mk II
Rega RB 300 tonearm (Origin Live! mod)
Denon DL 304 M/C Cartridge
NAD 3101 (M/C phono section)
Outboard M-Audio Profire 610 Multichannel A/D
Adobe Audition 3.0

Method:
- Record cleaned on Vpi machine.
- Audio sampled at 96/32 float.
- Filter to roll-off frequencies below 20 HZ (only below audible frequencies).

Audio restoration:
- 'Younglove' decrackling scripted method throughout.
- Manual declick and deglitch.
- All whole sides normalized to 100% NEVER using compression or limiting.

Analyzed:
---------------------------------------------------------------
DR         Peak         RMS     Duration Track
---------------------------------------------------------------
DR12      -0.56 dB   -17.05 dB  3:24     ?-01
DR13      -1.77 dB   -18.46 dB  6:54     ?-02
DR13      -2.17 dB   -19.72 dB  3:46     ?-03
DR11      -3.15 dB   -17.72 dB  3:42     ?-04
DR12      -2.61 dB   -18.76 dB  4:28     ?-05
DR16      -0.19 dB   -20.30 dB  5:35     ?-06
DR13      -0.77 dB   -18.26 dB  4:31     ?-07
DR12       0.00 dB   -14.80 dB  4:37     ?-08
DR12      -0.24 dB   -17.14 dB  5:15     ?-09
DR12       0.00 dB   -15.40 dB  3:53     ?-10
--------------------------------------------------------------------------------
Number of tracks: 10
Maximum peak difference (0.00 dB - -3.15 dB): 3.15 dB
Official DR value (Song Mode): DR13

a więc to już nie ot, taki sobie zwykły rip, ale prawdziwa sztuka!  Zaciekawiony, zacząłem szukać dalej, i znalazłem wiele innych ripów tego samego autora, często w konfiguracji/na sprzęcie jeszcze bardziej wyszukanym (= droższym).

To, plus otaczający nas ostatnio szum medialny na temat wielkiego triumfalnego powrotu winyla, skłoniły mnie do napisania tego oto małego wypracowania:

Pojawienie się na rynku Final Scratch'a, następnie Serato, a wkrótce potem już prawdziwej lawiny produktów do cyfrowego dj'ingu przyniosło ze sobą problem cyfryzacji posiadanej na winylach muzy. Natura nie znosi próżni, wkrótce pojawiły się więc też gramofony z wyjściem liniowym (wysyłany przez wkładkę sygnał gramofonowy (Phono) wymaga przedwzmacniacza, który zamieni go w sygnał liniowy), a tuż za nimi – gramofony z wyjściem USB, a więc takie, z których dźwięk wychodzi już nie tylko w postaci analogowej (Phono i/lub Line), lecz także w postaci cyfrowej.  Czyli: kładziemy na taki gramofon naszego starego dobrego winyla, podłączamy go (gramofon!) kabelkiem USB do kompa, i sprawa załatwiona – wbudowany w gramofon przedwzmacniacz zamienia sygnał Pnono w Line, następnie wbudowany w gramofon konwerter analogowo/cyfrowy zamienia audio w cyfrę, i tak oto płyta sama nam się digitalizuje, czyli zapisuje na twardziela w postaci cyfrowej.

(Jeśli ktoś ma już gramofon, najczęściej korzysta z komputera i wbudowanej/dodatkowej karty dźwiękowej, zasada jest jednak ta sama: do digitalizacji komputer/karta musi mieć na pokładzie co najmniej konwerter A/D, jeśli ma wejście Phono, to musi mieć jeszcze dodatkowo przedwzmacniacz gramofonowy, jeśli nie, musimy dać jej sygnał liniowy).

Wróćmy jednak do reklamowanych na lewo i prawo gramofonów do cyfryzacji: oto pierwsza z brzegu strona z porównaniem 10 najlepszych takich gramofonów roku 2014:

http://vinyl-converter-turntable-review.toptenreviews.com/

Jak widać, ceny wahają się od 350 do 550 zł, i to tego typu sprzęt wybiera zapewne nie tylko przeciętny DJ, ale nierzadko zapewne też młody początkujący miłośnik winyli.

ALE.

Szukając po sieci, znajdziecie gramofony, które – BEZ wkładki, a czasem nawet i BEZ ramienia (!) – kosztują po kilka(naście) tysięcy dolarów, ale rozsądnej klasy gramofon audiofilski (a jakiż sens ma kupowanie winyli tylko po to, żeby słuchać ich na przysłowiowym Bambino?) razem z wkładką musi kosztować co najmniej ok. 2,000 zł.
Niedawno dostałem mailem reklamę najnowszej serii wkładek gramofonowych duńskiej firmy Ortofon, która wkładki dj'skie robi od stosunkowo niedawna, od bardzo dawna natomiast jest jednym z liderów na rynku audiofilskim. Topowy model tej nowej serii kosztuje 1,000 euro, podstawowy czyli najtańszy – 300 euro, a więc ok. 1,200 zł.
Dostałem też reklamę najnowszego przedwzmacniacza gramofonowego jednej z wielu firm produkujących takie zabawki – model z wyższej, ale bynajmniej nie najwyższej półki – 1,200 dolarów, czyli ok. 3,500 zł.
Dobrej klasy konwerter A/D potrafi kosztować 2,500 dolarów, chociaż są i takie po 200-300, co i tak daje ok. 600-900 zł.

A teraz przeczytajmy raz jeszcze ten paragraf zaczynający się od ALE, zsumujmy, a następnie wróćmy na stronę z 10 najlepszymi gramofonami 2014 i ich cenami - wnioski niech każdy wyciągnie sobie sam.

Jak pewnie jedni wiedzą, a inni nie, winyle "towarzyszą mi" od zawsze, czyli w moim przypadku od co najmniej połowy lat 60-tych. W związku z czym – i pomimo iż jestem jednym z (naj)pierwszych dj'ów w Polsce, którzy przeszli na cyfrę – nigdy nie przestałem winyli kupować. Co innego granie w klubach czy w radiu – tam nie mam problemu z puszczaniem muzy a postaci cyfrowej, zresztą nie ma raczej w Polsce takiego klubu, ani radia, gdzie ktokolwiek byłby w stanie rozpoznać, że słucha muzy z winyla a nie z mp3 czy nawet .wav'a – a co innego moja prywatna kolekcja. Fakt, po drodze "wymiękłem",  i po latach zarzekania się, że nigdy przenigdy nie kupię muzy w postaci cyfrowej – kupiłem już pewnie z kilka tysięcy takich kawałków, ale to wciąż wyjątki, kawałki, które potrzebne mi były do jakiegoś bardzo konkretnego celu (czytaj: miksu), natomiast wszystko to, czego słucham, co gram w radiu i klubach – posiadam na winylu, a gdy to jest z jakiegoś powodu niemożliwe – co najmniej na CD.

Wiele lat temu (i zanim jeszcze zaistniał internet) spędziłem strasznie dużo czasu szukając sprzętu, który z jednej strony nie zrujnowałby mnie finansowo, a z drugiej pozwolił wreszcie przestać nieustannie przeglądać specjalistyczne publikacje i/lub błąkać się po sklepach ze sprzętem audio, śliniąc się na widok wystawionych tam cacek. Ostatecznie zakupiłem:

gramofon Rega Planar 3 – wówczas topowy model tej firmy, którego ramię RB 300 błyskawicznie osiągnęło tak kultowy status, że montowano je w gramofonach kosztujących po kilkanaście tysięcy dolarów. Z czasem wymieniłem tylko motor na rekomendowany przez firmę upgrade, obciąłem fabryczne kable i w ich miejsce wlutowałem gniazda RCA, od razu natomiast wymieniłem wkładkę, mimo iż fabrycznie zamontowana Rega Elys (nie mówiąc już o wyższych i droższych modelach tej firmy) cieszyła się bardzo dobrą opinią.

wkładka Linn K9 – od lat już nie produkowana, ale wówczas ciesząca się kultowym statusem prawdziwie audiofilskiej wkładki za zdecydowanie nieaudiofilskie pieniądze, K9 wciąż siedzi w moim gramofonie i póki co nie zamierzam jej na nic innego wymieniać.

(ciekawostka: w owym czasie popularnościa cieszyła się holenderska firma, której nazwa wyleciała mi z pamięci, Van coś-tam chyba, a która specjalizowała się w wymianie samego tylko diamentu na igle wkładki na inny, mający lepszy kształt – i wielu ludzi wysyłało kosztujące nawet po kilka tysięcy dolarów nowiutkie wkładki na taki upgrade prosto ze sklepu, od razu po zakupie).

sprzęt audio Rotel. Japońska firma Rotel cieszyła się (i nadal cieszy – istnieje nawet klub miłośników Rotela) bardzo dobrą opinią, trochę podobnie jak z K9, nigdy nie robiła kombajnów, kupiłem więc ostatecznie zestaw: zintegrowany wzmacniacz + odtwarzacz CD, + dodatkowo wypasiony kaseciak Denona z poziomą wysuwaną szufladą, i ten zestaw mam po dziś dzień;  10 lat później jednak, już w Polsce, kupiłem kolejny, najnowszy wówczas zestaw Rotela: końcówka mocy + przedwzmacniacz AV + odtwarzacz CD + tuner radiowy.

głośniki początkowo kupiłem kolumny (z obecnej perspektywy – raczej kolumienki) firmy Wharfdale, ale kupując po latach ten nowy zestaw Rotela postanowiłem zupgrade'ować i to, ostatecznie stanęło na Dali 850 (kawał basu).

kable czyli interconnect'y: kable łączące ze sobą poszczególne komponenty są bardzo ważne, chociaż jeszcze ważniejsze są kable głośnikowe. Szukając po sieci albo sklepach, bez problemu znajdziecie 50-cm kabelek (ok – parę) łączący powiedzmy CD z przedwzmacniaczem – za kilkaset złotych, a nawet dolarów (!). (zresztą kiedy jeszcze w Australii wymieniłem po raz pierwszy w życiu kabel głośnikowy z pudełkowego na trochę lepszy, miałem wrażenie, że właśnie kupiłem sobie nowy sprzęt).  Ostatecznie stanęło na interconnect'ach firmy audioquest (kierunkowych – czyli należy je podlączać zgodnie z kierunkiem narysowanych na nich strzałek), głośniki podłączone były początkowo dwużyłowymi kablami firmy Monster Cable, ale po rozlicznych lekturach ostatecznie (i pomimo iż wzmacniacz ma wyjścia dwudrożne) stanęło na czterodrożnym (bo takie z kolei wejścia mają moje głośniki) kablu firmy audioquest.

(kolejna ciekawostka: lata temu wyczytałem gdzieś, że sprzęt audio osiąga swoje optymalne brzmienie dopiero po jakimś-tam czasie od włączenia – żeby dobrze brzmiał, musi się po prostu trochę rozgrzać :). Wydało mi się to dość sensowne, więc od tego czasu NIGDY nie wyłączam swojego sprzętu – pomijając awarie prądu i dwie przeprowadzki, mój sprzęt audio jest stale włączony już od ponad 30 lat !!! )

To tyle tytułem "wstępu" i nurtującego mnie pytania – ok, nawet jeśli rzeczywiście coraz więcej ludzi sięga po płytę winylową, to czy rzeczywiście są w stanie usłyszeć jej (subiektywne zresztą) zalety i/lub (naukowo zresztą nieudowadnialną) przewagę nad formatem cyfrowym?

Porównywanie brzmienia płyty analogowej do kompaktu ma sens tylko wtedy, kiedy z jednej strony postawimy porządnej klasy gramofon, a z drugiej – porównywalnej klasy odtwarzacz CD. Te drugie chodzą nawet i po 99 zł, ale nie oszukujmy się – podobnie jak w przypadku gramofonów, rozsądnej klasy odtwarzacz CD to koszt rzędu 2,000-3,000 zł. Plus przedwzmacniacz, końcówka mocy, głośniki, wszystkie kable… Czyli – opinie na temat wad/zalet dźwięku czy to analogowego, czy to cyfrowego, wypowiadane przez ludzi nie posiadających w domu takiej klasy sprzętu, oparte są na… właśnie. Czym?

Ale to wszystko tylko tak przy okazji, mimochodem, głównym tematem tego "wypracowania" miała być cyfryzacja winyli  – oto więc jak wygląda(ła) moja własna droga do mojej obecnej cyfrowej "nirvany":

Jakiś czas przed przejściem na cyfrę zakupiłem swoje pierwsze Pro Tools'y wraz z hardware'm Digi 001. Nie pamiętam, czy miałem już gramofony czy jeszcze nie, ale – zapewne w dbałości o jakość – zgrywałem płyty z Regi, poprzez mikser (w tym czasie miałem chyba jeszcze Ecler'a) do Digi 001. Niestety, Rega Planar 3 jako gramofon audiofilski posiada napęd paskowy, z automatyki posiada tylko przełącznik ON/OFF, a obroty zmienia się wyłączając gramofon z prądu, czekając aż się zatrzyma, zdejmując talerz, przekładając pasek z jednej rolki na drugą, zakładając ponownie talerz, startując gramofon, i czekając aż nabierze obrotów – proces ogromnie czasochłonny, a do tego na pierwszy rzut oka nie widać, na której rolce jest pasek, więc czasem dopiero po wystartowaniu okazywało się że to nie te obroty, i wtedy…

Przerzuciłem się więc na gramofony dj'skie. Niestety, były to Stantony STR-150, które z racji swojego prostego ramienia nadają się jedynie dla turntablistów – ale absolutnie NIE do ani słuchania, ani zgrywania muzy. Jeśli nie jesteś turntablistą – gramofony z prostym ramieniem to nieporozumienie, żeby nie powiedzieć – porażka. Jak tylko to zrozumiałem – zamieniłem je na ST-150, ten sam dokładnie gramofon, ale z ramieniem w kształcie litery S.

* Po czym zabrałem się za ponowne zgrywanie wszystkiego tego, co wcześniej zgrałem na STR-150 (plus oczywiście wszystko to, co zgrywałem na bieżąco).

Po drodze zupgrade'owałem Digi 001 do Digi0 002, z lepszymi/nowszej generacji konwertorami AD/DA (choć powodem było nie to, a fakt że 001 odszedł do lamusa), póżniej Eclera zastąpił Rane, ale wciąż coś było nie tak. Shure wypuścił akurat na rynek Whitelabel, wkładkę która zajebiście wyglądała, nie miał jej jeszcze nikt w Polsce, no i wszystko wskazywało na to, że do moich celów będzie brzmieniowo lepsza, niż nawet topowa dj'ska wkładka Stantona 890SA, z której dotąd korzystałem. Przesiadłem się więc na Whitelabel'a, która rzeczywiście okazała się, przynajmniej ma moje ucho, zdecydowanie lepsza od Stantonów, więc…

* Zabrałem się za zgrywanie raz jeszcze wszystkiego tego, co wcześniej zgrałem na wkładce Stantona (plus oczywiście wszystko to, co zgrywałem na bieżąco).

Ale nadal nie byłem zadowolony. Po miesiącach szperania w sieci, rozmowach z ludźmi, itp. itd. dotarło wreszcie do mnie, że wkładka dj'ska jest dokładnie tym – wkładką dj'ską. Nadaje się do grania imprez, ale absolutnie NIE do słuchania, ani nie do zgrywania muzy. Mało tego, że wkładki dj-skie koloryzują dźwięk (niektóre mają podbite wysokie i niskie tony, inne – np. te dla turntablistów – najczęściej podbijają środek), to jeszcze mechanicznie (bo jednym z najważniejszych elementów wkładki jest zawieszenie – tak, zawieszenie, dokładnie tak jak w aucie -  igły) są one kompromisem pomiędzy jakością dźwięku a potrzebnym turntablistom i skreczującym didżejom jak najlepszym trzymaniem się rowka. Krótko mówiąc – wkładka dj-ska do słuchania i zgrywania winyli to nieporozumienie. I tak w końcu dotarłem do wkładki, której używam do dzisiaj – Shure M97xE Audiophile. Bardzo przystępna cenowo – można ją kupić już za ok. 100 euro/100 dolarów (w Polsce średnio ok. 350-400 zł), cieszy się fantastyczną opinią w kategorii jakość-za-cenę, a różnica w brzmieniu była natychmiast słyszalna.

* Zabrałem się więc za zgrywanie po raz kolejny wszystkiego tego, co wcześniej zgrałem na wkładce Whitelabel (plus oczywiście wszystko to, co zgrywałem na bieżąco).

Ale nie byłbym sobą, gdybym tym samym spoczął na laurach. Skoro wkładka dj'ska jest jedynie wkładką dj'ską, to niby dlaczego inaczej miałoby być w przypadku gramofonów? Tym bardziej, że przy bardzo uważnym słuchaniu gdzieś na dole zawsze słychać było dudnienie (tzw. rumble), a gramofon dj'ski to też przecież kompromis – między jakąs tam jakością dźwięku a wytrzymałością, potężnym (zamiast – super cichym), bezpośrednim napędem (nie ma chyba na świecie porządnego gramofonu z napędem bezpośrednim, wszystkie są paskowe), materiałem z którego jest wykonany, itp. itd. Moje myśli wydawała się czytać firma Vestax – na rynku pojawił się bowiem Güber Cube-01. Powalający wizualnie – biała kwadratowa kostka, przezroczysty talerz, napęd paskowy ale z regulacją kwarcową (o ile to tak się nazywa po polsku – w każdym razie, z quartz lock'iem), płynna regulacja obrotów (pitch), wyjście liniowe, wyjście USB, ale niestety – z prostym ramieniem. Ale i tak napaliłem się jak nie wiem co, na szczęście w Polsce był niedostępny, za granicą – i owszem, ale wysyłka bardzo droga, i zanim się w końcu zdecydowałem – Vestax wypuścił Cube'a-02. Z ramieniem w kształcie litery S !! Tym razem nic już nie mogło mnie powstrzymać, a do tego gramofon okazał się być dostępny przez krakowskiego dystrybutora Vestaxa. Natychmiast wymieniłem wkładkę, z którą przyszedł Cube, na wypróbowanego Shure'a M97xE, i…

Ale wcześniej jeszcze coś – pomimo, iż Cube posiada zarówno wyjście Line (czyli – przedwzmacniacz gramofonowy) jak i wyjście USB (czyli – konwerter A/D), nigdy z nich nie korzystałem. Do zamiany sygnału z analogowego na cyfrowy używam Digi 003 (do którego się gdzieś w międzyczasie zupgrade'owałem z Digi002), natomiast sygnał gramofonowy na liniowy zamienia… No właśnie. Korzystałem z miksera Rane'a, ale cały czas chodził za mną wypuszczony lata temu przez firmę Stanton w bardzo limitowanej ilości (i dość zaporowej cenie – u nas kosztował wtedy 6,000 zł) mikser VRM-10. Bajerowsko wyglądający, 4-kanałowy, 2 wejścia mikrofonowe, piękne masywne metalowe ciężkie fader'y i crossfader, cały napakowany efektami cyfrowymi i innymi bajerami,  ale co najważniejsze – l-a-m-p-o-w-y. I w końcu kiedyś trafiłem go na eBay'u, wystawionego zresztą na sprzedaż przez swojego "twórcę" (projektanta), i za wystarczająco rozsądną cenę, żeby się na niego szarpnąć.

W każdym razie, po tym jak postawiłem na biurku Cube'a (na marmurowej płycie, spoczywającej z kolei na kilkucentymetrowej gąbce, żeby wytłumić ewentualne drgania ze stojącego na podłodze ogromnego subwoofera KRK-V12 Series 2, części mojego odsłuchu – reszta to 2 monitory KRK-V8 Series 2 oraz 2 monitory Stanton ATM.6  (zresztą wyprodukowane na licencji KRK)...

* Po raz kolejny zabrałem się za zgrywanie wszystkiego tego, co wcześniej zgrałem jeszcze na gramofonie Stantona (plus oczywiście wszystko to, co zgrywałem na bieżąco).

I na tym właściwie mógłbym skończyć, ale… dalej coś tak jakby słyszałem. Aż któregoś dnia przypomniałem sobie, że lata temu kupiłem na jakiejś promocji przedwzmacniacz gramofonowy OBH-8 audiofilskiej firmy Creek. Kilka dni szperania po sieci uświadomiło mi co prawda, że chwilę później Creek wypuścił ten sam przedwzmacniacz ale ze stabilizowanym zasilaczem (ten mój ma nie tylko zasilacz niestabilizowany, ale jeszcze do tego niefirmowy, co zapewne było przyczyną jego sprzedaży po znacznie niższej cenie), ale i tak wydaje mi się, że po przepuszczeniu dźwięku przez OBH-8 słyszę więcej basu. Ale może to też trochę zasługa zmiany kabla?

W każdym razie, od sierpnia 2013 moja digitalizacyjna linia technologiczna wygląda tak:

gramofon Vestax Güber Cube-02 + wkładka Shure M97xE Audiophile > kierunkowy kabel firmy audioquest > przedwzmacniacz gramofonowy Creek OBH-8 > kierunkowy kabel firmy audioquest > lampowy mikser Stanton VRM-10 > kabel XLR Klotz Profi > Digidesign 003 > kabel FireWire > komputer Mac Pro > program do edycji audio DSP-Quattro.

Audio zgrywane jest w formacie .aiff i rozdzielczości 24 bit/44.1 kHz, następnie konwertowane na mp3/320, oryginał zostaje na twardzielu z cała moją zgraną muzą, a mp3 trafia na laptopa, z którego gram.

* A ja po raz kolejny zgrywam stopniowo wszystko to, co zgrałem przed sierpniem 2013 (plus oczywiście wszystko to, co zgrywam na bieżąco).

Mógłbym naturalnie w każdej chwili wziąć kilkanaście/dziesiąt tysięcy i zakupić sprzęt z najwyższej półki, spełnienie wszystkich moich mokrych snów, ale gdzieś kiedyś trzeba przecież postawić grubą kreskę, i rozsądek podpowieda mi, że to jest dobre miejsce. Prędzej czy później wymienię jeszcze co prawda zasilacz przedwzmacniacza, ale poza tym - póki co, to co teraz mam mi "robi".

PS. Rzuciłem jeszcze raz okiem na parametry tego rip'u i przypomniało mi się, że też mam przecież urządzenie do mycia płyt – co prawda nie aż tak wypasione (właśnie to sobie wygoogle'owałem – oj, zdecydowanie nie!), no i jeszcze nawet nie rozpakowane z kartonu, ale jest.  A póki co, do czyszczenia płyt używam specjalnej szczotki i płynu D4+ amerykańskiej firmy DiscWasher lub rolki japońskiej firmy Nagaoka,  a do czyszczenia igły - płynu Hi-Clean firmy Nagaoka (która produkuje też bodaj najlepsze antystatyczne koperty na 7" i 12" winyle) i specjalnej szczotki z lusterkiem firmy DiscWasher. Kiedyś miałem też specjalny pistolet do neutralizowania ładunku elektrostatycznego na płycie winylowej, ale ten gdzieś mi się zapodział…

Chris Rock's "Quote of the Year":

"You know the world is going crazy when the best rapper is a white guy, the best golfer is a black guy, the tallest guy in the NBA is Chinese, the Swiss hold the America's Cup, France is accusing the U.S. of arrogance, Germany doesn't want to go to war, and the three most powerful men in America are named Bush, Dick, and Colon. Need I say more?"

raptem tylko 4 km od miejsca, w którym mieszkam, i od razu tak jakoś... normalniej?

Evidence (of Dilated Peoples) on MC's

P: What do you look for in an emcee?
E: The biggest thing I look for in an emcee, more than anything is their cadence; the way they hit the beat. A lot of people write really amazing shit, but they give no respect to the beat, they don't consider it at all. They just want a 4/4 drum count and they want to rhyme over it when they want to rhyme over it. It's all about not where you put your words, but where you don't. It's all about knowing where your breaths are and where your pause is. And really taking the beat...there's a kick, a snare and a hat. Rhyme on that shit! A lot of people don't...they want to just go on top of it. They just don't pay attention. I respect people who hit the beat right. Who just hit it right; who make it funky. A lot of people aren't funky. I want to be moved. It's audio stimulation-that's what you're doing here. If I'm not stimulated by the audio that's presented to me, you haven't done your job. I don't care how dope your thought is or innovative or how dope your voice is even...it's like I really like people who know how to keep it funky.

P: What if they're abstract...
E: Then I'm not the person to work with. I'll give you an example...Aceyalone. He can do anything. He's one of the most incredibly gifted people. And he heard the type of beats I'm willing to come with and he was like, "All right, I'm gonna come straight up on your shitÓ, and I was like, "What do you mean?" and he was like, "I'm gonna hit it, straight up. Your shit ain't meant for me to flip it on." You listen to it and he's like [Ev starts to rhyme], "This microphone is mine, whenever I hold it, I transcend time." He's funky with it! He was like, ŇI'm providing the funkÓ. And he was like Ňinstead of me going against the grain, I'm just gonna be..Ó.Some people are like, ŇI'm gonna be a trumpeter and try and stand outÓ . He's like ŇI'm just gonna be a bass guitar and enhance itÓ. Big up to people like [Acey]. I like working with Defari a lot, obviously Iriscience. Cause these people are obviously not too concerned with getting flashy and they say complex shit in simplicity, and that's the hardest thing to do, I think.

Old-style albums may make tracks
By Bernard Zuel
February 15, 2006


IS IT the death of the album or the saviour of the music industry?

It might just be both.

From today consumers will be able to walk into a store, select up to 74 minutes of music from albums or singles, and walk out with their own compilation CD.

They will still pay, but only for the songs they want, not the B-sides, the album fillers or the vanity tracks only the singer's mother could love.

Sanity Music, through its Sanity, HMV and Virgin stores, will introduce "music kiosks" where customers can use touch screens and a vast digital library to order tracks and have the CD and packaging created on the spot.
Sanity Music's digital manager, Choon Tan, who is overseeing the introduction of the kiosks across Australia over the next 12 months, sees it as a practical solution for retailers and consumers.

"Shop space is becoming smaller and smaller and the number of CDs being stocked is getting smaller and smaller," he said. Now, rather than having to choose only from the limited stock available in each store, customers will have access to something like 400,000 separate songs, compiling a CD "as quickly as your fingers can work".

Of course this kind of technology has been available to the net-savvy and those prepared to take the risk of being caught using illegal downloads or file sharing. But now "you don't have to be a switched-on 16-year-old to do it", Mr Tan said.

This may be the best thing for a music industry that has been in a worldwide sales slump for five years, says Stephen Peach, head of the Australian Record Industry Association. According to its figures of the average week's sales of about 20,000 CDs, 13,000-14,000 are back catalogues, albums released more than a year earlier. These sales could be larger than current release sales, he said.

Even if it is the end of the album as we know it, Justin Burford, of Perth band End Of Fashion, said: "We started as a singles market and the whole music industry has adapted from there É People like albums. Music will persevere."

50 Cent vs The Beatles and Timeless Music
by Davey D

Today I was watching the news Fox11 in LA when one of the anchors announced that 'Fiddy' 50 Cents was closing in on a 41 year old record held by the Beatles where they had five records in the Top 10 on Billboard Magazine's Top 100 chart. So far Fiddy with his 2.8 million "Massacre" albums sold has four songs in the top 10 which include; 'Candy Shop', 'Hate It or Love It', 'Disco Inferno' and 'How We Do'. With the release of his new single 'Just a Lil Bit', 50 may well be on his way to tying what many thought would be an eternal record. As one of the Fox News announcers, Jillian Barbarie praised 50 for his accomplishments; her co-anchor Steve Edwards raised the issue about the staying power of 50 Cent and his music. He asserted that it's great that 50 has these songs on the Top 10 but they will never be remembered the way that people remember Beatle tunes? In other words are these songs classic hits? He went on to explain that everyone from grandmothers to little kids throughout all of America knows the words to all the Beatle songs and that such is not the case with 50. Jillian countered by pointing out that in reality most people in this country do know 50's songs. And that while older folks like Edwards who is in the 50+ crowd, haven't heard of him does not mean that 50 Cent's songs are unfamiliar to most Americans. The point was also made that one has to allow time to pass to see whether or not his songs are remembered. In other words 30 years from now the young adult listening to 50 and Game's Hate it or Love It are gonna be feeling it when they themselves are grandparents.

I guess you get the gist of the debate which got me thinking, is today's Hip Hop music disposable? In this particular case are we
really gonna be checking for 50 cent 5, 10 or 20 years from now? And if not why not? For me, and many of my peers, fond memories are brought up when a classic Big Daddy Kane record like 'Raw' or 'Ain't No Half Stepping' is played. Everyone who I came up with knows the words to Biz Markie's 'Vapors'. A classic Eric B and Rakim song like Paid in Full, or 'I Know You Got Soul' will forever be etched in our minds. Go to a Public Enemy concert and everyone can rap 'Don't Believe the Hype' or 'Fight the Power' in unison.

Most of those landmark records I mentioned are close to 15 years old. It's hard for me to gage whether or not 50 cent's 'In the Club will be fondly remembered in 2020. I can't help but wonder if Eminem's first two albums, The Slim Shady Lp' or the 'Marshall Matters LP' will hold the same sense of fondness and importance like PE's first two albums or KRS's first two albums?

Sit back and think about that for a minute. Are we really in love and totally passionate about today's Hip Hop music? Does the music have meaning for us? Can anyone reading this name more then 5 songs off 50's 'Get Rich or Die Trying' album? Can anyone name more then 5 songs off Eminem's first two albums?

For many of us today's music seems to be disposable. If you don't believe me try this little exercise Ask yourself who is are the dope producers in 2004/2005? Most people reading this will probably say Kanye West and Lil Jon are the 'go to guys' for the past year.

Now ask yourself who were the hot producers in 2003?. Many of y'all will probably name off the Neptunes. Now ask yourself who were the hot producers in 2002, 2001, or 2000? That's where this notion of disposable music kicks in. Most would be hard pressed to recall. Was it Swizz Beats? Dr Dre? Beats By the Pound? or some one else who we simply forgot about?

Some might say what I asked is unfair because a producer isn't the front and center figure for a group. So lets rephrase the question and ask you to name off the top 3 artists in the years 2000, 2001, 2002? Who were they? What songs did they put out? What was the name of their albums? Was it Jay-Z? Nas? DMX? P-Diddy? Who was really cracking in those years?

Most would be hard pressed to remember right off hand. Compare that with folks who came up on Hip Hop in the late 80s early 90s, we still recall KRS, X-Clan, Ice Cube's first album, Biz Markie and the entire Cold Chillin' Family to name a few of the many.

One time I was talking with Chuck D of Public Enemy and we had a similar conversation and we focused in on the importance of sampling and how those old James Brown soul beats and those George Clinton funk beats gave the rap music from back in the days a certain timelessness. Chuck pointed out that what producers were doing back then was not being lazy as some rap critics would suggest, but instead they were building off the music legacy that came before them. The producers in PE's heyday were simply adding their own flavor to the mix and in fact that process was quite natural within African culture and Black music. What Chuck D touched upon was backed up by well known UC Berkeley music professor and 'History of Funk' author Ricky 'Uhuru Maggot' Vincent. In his book he explains a long held concept called 'riffing'(borrowing) and 'vamping'(twisting). In a recent interview Vincent elaborated upon this by pointing out how artists ranging from the jazz greats like Duke Ellington and Count Bassie to James Brown and the Average White Band often riffed and vamped existing harmonies to make them their own. This concept, he says, was not just a major part of black music but a cornerstone of all music.

Vincent continued by noting that over the past 20 years, it was only the tools and technologies that changed: Instead of playing drums, musicians used drum machines. Instead of playing piano, they used keyboards and synthesizers. Instead of re-creating older sounds on their instruments, they copied them directly from recordings. So in a sense riffing and vamping of timeless melodies gave the music an eternal feel. We should also note that it was very likely that the harmonies and melodies used by the Beatles 41 years ago were probably inspired by this riffing vamping technique from the blues and be-pop and race music architects who proceeded them.

What has happened over the years is that record executives have come down hard on rappers for sampling and have made it so that becomes extremely expensive to the point of being cost prohibited to really flesh out a creative concept that requires you to create these audio collages by sampling bits and pieces from past projects. For the most part these record execs reaped an economic windfall by enforcing copyright and intellectual property laws.

Yes , we all know that sampling goes on, cause we hear familiar tunes all the time ala P-Diddy. What we don't hear is that extra twist and extra spark that gives a song a nuanced yet important feel that results in a song being something we're feeling 20 years from now. Going back to 50 Cent vs the Beatles, as I listen to some of his songs, I'm tempted to agree with Fox News anchor Steve Edwards. The only song I can see people checking for 20 years from now is 'Hate It or Love It'. The melodic soul sample gives that song takes you back to a day gone by and gives the song that timeless feel. Trust me folks will be humming that tune in their heads in 2020 long before they start humming the drab 'How We Do' or 'Disco Inferno' I'm not gonna sit up here and point fingers and blame anyone, but as I mentioned this earlier the music is disposable. I wish what I was hearing today, including 50's big hits would be memorable for us years down the road. But sadly I don't think it will be. In fact I think he as an artists will be a fleeting memory in a couple of years as Hip Hop does its every two year purging process.

50 Cent in two years will be like DMX today, a huge presence in Hip Hop who we hardly mention and to me that's a shame. I may be wrong. Maybe it's a generational thing. Holla back at me and let me know what you think?

50 vs the Beatles? I'll give the Fab 4 the nod and I ain't even a Beatle fan.

Nuff said we out like R.Kelly at a Jay-Z house party..


Davey D
mrdaveyd@aol.com